środa, 15 maja 2013

Irkuck - miasto, które zapada się pod ziemię

Irkuck to stolica Syberii. I mimo, że nie jest największym miastem tej krainy, to z pewnością najbardziej znanym. Znajdzie się w nim niemal każdy udający się w podróż koleją transsyberyjską. Oczywiście można potraktować go tylko jako miejsce przesiadki, ale zdecydowanie warto poświęcić mu trochę więcej czasu...



Początki Irkucka sięgają roku 1661, kiedy w to miejsce przybył kozak Iwan Pochabow i założył tutaj warowny gród. Położona pośród pastwisk i rzek miejscowość rozwijała się bardzo szybko i już 1686 r. otrzymała prawa miejskie. Najważniejszy dla rozwoju Irkucka był handel - sprzyjało mu umiejscowienie na szlaku handlowym łączącym Europę z Mongolią i dalej Chinami. Zaczęły powstawać domy kupieckie, magazyny na towary i świątynie prawosławne. Początkowo wszystko budowano z drewna - nie trudno się dziwić biorąc pod uwagę bogactwo syberyjskiej tajgi. Pierwszy prywatny dom z kamienia powstał dopiero w 1745 r. Mimo stopniowej popularyzacji budownictwa murowanego, budowle te sprawiają wrażenie ciężkich i siermiężnych. Zupełnie inaczej niż w przypadku obiektów drewnianych, których wykończenie do tej pory budzi podziw. Najbardziej dramatyczny w historii Irkucka był lipiec 1879r. Wybuchł tu wtedy pożar, który przez trzy dni strawił 3,5 tysiąca domów, w tym całe centrum. Odbudowa przyczyniła się do zmiany zabudowy - budynki drewniane zastępowano murowanymi. Doprowadzenie do Irkucka, pod koniec XIX w. kolei transsyberyjskiej  było kolejnym impulsem dla rozwoju miasta. W XX w. najważniejszym wydarzeniem w tym mieście było zbudowanie, w 1956r., ogromnej zapory elektrowni wodnej na, przepływającej przez to miasto, Angarze. O skali projektu niech świadczy fakt, że w wyniku powstania tej konstrukcji, poziom całego Bajkału podniósł się o około 1 metr!

Dworzec kolejowy w Irkucku, fot.: Adam Zegiel


No dobrze. Ale dlaczego napisałem, że Irkuck zapada się pod ziemię? Zwiedzając to miasto niemal w każdej jego części natkniemy się na stare, drewniane budynki. Nie powinniśmy się dziwić, że większość z nich ma okna na poziomie... chodnika! Dzieje się tak w związku z częstym zamarzaniem i rozmarzaniem gruntu, które powoduje stopniowe zapadanie się tych budynków. Niektóre z nich zapadają się niesymetrycznie więc można zobaczyć dom, którego jeden róg jest zapadnięty bardziej niż inne. Sprawia to wrażenie jakby budynek się przewracał...

Domy zapadają się pod ziemię... fot.: Adam Zegiel





Stare domy w Irkucku, fot.: Adam Zegiel
Na przedmieścia Irkucka docieramy autostopem z, położonej nad samym Bajkałem, Sludianki. Zabrał nas przesympatyczny Gruzin, mieszkający w Rosji od wielu lat. Był zdziwiony, kiedy przed wejściem do samochodu upewniliśmy się, że nie będzie chciał pieniędzy. Słusznie twierdził, że brak zapłaty wynika z samej idei autostopu. My jednak, nauczeni poprzednimi doświadczeniami, woleliśmy się dopytać. Do ścisłego centrum dotarliśmy miejskim autobusem. Wysiadamy, kupujemy mapę i szukamy nazwy ulicy żeby się zorientować w sytuacji. Aha... ulica Dzierżyńskiego... Takich niespodzianek w Irkucku jest więcej. Znajdziemy tu ulicę Marksa, Engelsa, Robotniczą, Sowiecką, Partyzancką, Komunistyczną... i oczywiście ulicę Lenina! To jest w ogóle świetny sposób nawigacji i orientacji w rosyjskich miastach - jeśli nie wiesz, gdzie jest centrum, to pytaj o Lenina. Jest prawie pewne, że w centrum jest pomnik Lenina, ulica Lenina, plac Lenina, prospekt Leningradzki... w tej kwestii Rosjanie są dość monotematyczni.

Lenin w Irkucku, fot.: Adam Zegiel
Po zakwaterowaniu ruszamy w miasto. Kierujemy się na południe, w stronę wspomnianej wcześniej zapory na Angarze. Cała budowla ma około 2 kilometrów długości, a jej pokonanie spacerowym tempem zajmuje nam około 40 minut. Po lewej stronie mamy elektrownię i piękne rozlewisko rzeki z dziesiątkami małych wysepek (Angara jest o tyle piękna, że w ogóle nieuregulowana), a po prawej ogromny Zbiornik Irkucki. Gdzie nie spojrzeć, widać wypoczywających nad wodą Rosjan. Po prawej stronie rzeki, zaraz za tamą, stoi przycumowany statek-muzeum. Lodołamacz "Angara", który kiedyś obsługiwał przeprawę promową kolei transsyberyjskiej (bo zanim zbudowano linię okrążającą Bajkał, pociągi były przewożone promami). Po zapłaceniu 100 RUB (10zł) za bilet wchodzę na pokład. Zdecydowanie brakuje mi napisów po angielsku... Zwiedzam całą jednostkę, zaglądam, gdzie się da. Najciekawsza moim zdaniem jest maszynownia, bo pozwala z bliska obejrzeć imponujących rozmiarów silniki parowe. Po godzinnym zwiedzaniu, po trapie opuszczam "Angarę" i dołączam do znajomych. Razem ruszamy do baru, nazywającego się "Pozy na Bajkalskiej" żeby skosztować tytułowego dania. Pozy to nic innego, jak pierogi w kształcie sakiewek nadziewane mięsem. Kupuje się je na sztuki, je rękami (jest ogólnodostępna umywalka  która służy do umycia rąk przed i po posiłku) i smakują wyśmienicie. Należy uważać jedynie przy doprawianiu ich musztardą opatrzoną napisem "ostra". Lubię dania pikantne i jestem do nich przyzwyczajony, ale zjedzenie tego specyfiku w ilości odpowiadającej rozmiarami ziarnku grochu spowodowało natychmiastowe łzawienie, duszenie i brak możliwości złapania oddechu... to może wezmę majonez...

Lodołamacz "Angara"; w tle zapora hydroelektrowni, fot.: Adam Zegiel

Angara w Irkucku, fot.:Adam Zegiel
 Następnego dnia ruszamy do centrum. Po drodze wchodźmy do fokarium. Jak się później okaże, ta nazwa jest mocno na wyrost. Płacimy po kilkaset rubli i znajdujemy się w... małym pomieszczeniu z jeszcze mniejszym basenem (cały ma powierzchnię może 10 m2), w którym znajdują się (chociaż raczej bardziej na miejscu byłoby określenie "są uwięzione") 4 bajkalskie foki. Przez kilkadziesiąt minut treserka zmusza je do bardzo nienaturalnych zachowań - foka zmuszona do udawania żołnierza i pływania z plastikowym karabinem budzi mieszane uczucia. Wyszliśmy nieco zniesmaczeni. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach przechodzimy przez most na Angarze i zaczynamy zwiedzanie centrum. Spacerując po bardzo klimatycznych uliczkach Irkucka docieramy do Cerkwi Spasskiej, czyli najstarszego budynku z kamienia w mieście. Zbudowano ją w latach 1706-1710. Pokonując kolejne kilkaset metrów dochodzimy do Placu Kirowa - centralnego punktu miasta, przy którym znajduje się rażący przykład głupoty i arogancji dawnych władz radzieckich. W miejscu, gdzie znajduje się obecnie szara i nieciekawa siedziba władz Obwodu Irkuckiego stał kiedyś Kazański Sobór Katedralny. Miał powierzchnię ponad 5000 m2 i wysokość aż 60m.! W 1932 r. świątynia została zburzona i zastąpiona stojącym do dzisiaj "koszmarkiem" architektonicznym. Dla jej upamiętnienia w 2001r. wzniesiono tu malutka kapliczkę. Dalej idziemy ulicą Sukhe Batora mijając po drodze Konsulat RP, przed którym dumnie powiewa biało-czerwona flaga. Skręcamy w ulicę Marksa. Równe chodniki, eleganckie butiki, liczne restauracje i knajpy świadczą o tym, że to główny miejski deptak. Dalej nogi niosą nas w stronę ulicy Gagarina, która prowadzi wzdłuż bulwarów nad Angarą. Warto poświęcić więcej czasu na spacer wzdłuż rzeki, która jest wyjątkowo malownicza i bardzo urozmaicona.

Cerkiew Spasska, fot.: Adam Zegiel




Siedziba władz Obwodu Irkuckiego i kapliczka upamiętniająca stojącą tu kiedyś świątynię, fot.: Adam Zegiel

Całe miasto robi na nas bardzo duże wrażenie. Jest czyste i zadbane, a jego architektura jest spójna i nie widać w niej chaosu. Zaskakuje nas jak dobrze komponują się stare, drewniane budynki z nowoczesną zabudową. W całym mieście nie brakuje miejsc, w których, robiąc tylko kilka kroków można cofnąć się o 100 lat, by po kilku kolejnych wrócić do współczesności. Jeśli ktoś by spytał, czy warto zwiedzić Irkuck, to powiem, że zdecydowanie tak! Więcej - to jedno z najciekawszych miast, jakie do tej pory widziałem!

środa, 8 maja 2013

K2 - góra morderca

Około 300 zdobywców i blisko 80 ofiar śmiertelnych. Mowa o słynnej K2 - górze gór. K2 (8611 m.n.p.m.) to drugi co do wysokości szczyt Ziemi. Leży na granicy Pakistanu i Chin w bardzo trudno dostępnym paśmie Karakorum. Przez wielu uznawana za najtrudniejszą górę świata jest marzeniem i najambitniejszym celem wielu wspinaczy. Po raz pierwszy osiągnięta 31 lipca 1954 r. przez dwóch Włochów - Achille Compagnoni'ego i Lino Lacedell'ego, do tej pory pozostaje jednym z dwóch ośmiotysięczników nigdy nie zdobytych zimą (drugi to Nanga Parbat). O wielkim wyzwaniu, jakie stanowi K2 może świadczyć fakt, że po pierwszych zdobywcach, nikt nie stanął na jej szczycie aż do roku 1977.

K2, fot.: Svy123, Wikimedia Commons, CC BY 3.0


Skąd nazwa? Ostra, surowa zupełnie, jak jej właścicielka została nadana w 1856 r. przez pracownika Indyjskiego Urzędu Miar. Początkowo wszystkie szczyty w Karakorum nazywane były według tej samej metody -  litera "K" (od nazwy pasma) wraz z kolejnym numerem. Potem starano się ustalić nazwę używaną przez miejscową ludność, bądź nadać taką, która łatwo się przyjmie. Przykładowo szczyt K3 otrzymał nazwę Broad Peak, a K5 - Gasherbrum I. Tylko K2 pozostał nienazwany. Dlaczego? Prawdopodobnie z powodu wyjątkowej izolacji - góry tej nie widać z żadnej osady stale zamieszkiwanej przez ludzi więc nie udało się odszukać żadnego, lokalnie funkcjonującego imienia tego szczytu.

Dlaczego K2 jest tak niebezpieczna? Przede wszystkim dlatego, że największe trudności techniczne znajdują się bardzo wysoko - powyżej 8000 m.n.p.m. Tereny o tej wysokości są nazywane strefą śmierci, bo człowiek może tu przeżyć bardzo krótko i to też pod warunkiem odpowiedniej aklimatyzacji i posiadania specjalistycznego sprzętu. Nawet przy użyciu dodatkowego tlenu, przeżycie dłużej niż kilka dni nie jest możliwe ponieważ bardzo niskie ciśnienie utrudnia łączenie się jego cząsteczek z czerwonymi krwinkami, co prowadzi do niedotlenienia organizmu, które może skutkować obrzękiem płuc i mózgu. Poza tym powyżej 8000 m.n.p.m. organizm traci zdolność przyswajania pożywienia. Adam Bielecki, polski himalaista i jeden z pierwszych zimowych zdobywców Broad Peak'u opowiada, że kiedy na tej wysokości ruszył na pomoc kolegom, na każdy jeden krok przypadało 8 oddechów, a co trzy kroki musiał odpoczywać. W ciągu 30 min. pokonał zaledwie 50 m. To mówi samo za siebie...

K2, fot.: The Real Kvass, Flickr, CC BY 2.0


Samo pasmo Karakorum, w którym leży K2 uchodzi za bardzo trudne. Szczególnie zimą, kiedy wieją tu huraganowe wiatry, a odczuwalna temperatura spada nawet do -70 stopni Celsjusza. Dość powiedzieć, że z czterech ośmiotysięczników znajdujących się w Karakorum, jeden do tej pory nie został zdobyty zimą (K2), a pozostałe trzy: Gasherbrum II Gasherbrum I i Broad Peak na swoich pierwszych, zimowych zdobywców czekały kolejno do roku 2011, 2012 i 2013. Warunki pogodowe w sezonie zimowym są tutaj tak trudne, że wielokrotnie wspinacze tygodniami czekają w bazie założonej u podnóża góry, na tzw. okno pogodowe, które umożliwi podjęcie próby ataku szczytowego. Takie okna otwierają się jedynie kilkakrotnie, a długie, bezczynne czekanie w bazie nie wpływa dobrze na psychikę himalaistów.

K2, fot.: Stuart Orford, Flickr, CC BY-SA 2.0


Najtragiczniejszym dniem w historii K2 był 1 sierpnia 2008 r. Na szczycie stanęło wtedy aż 18 osób, ale podczas zejścia rozegrał się prawdziwy dramat. Wieczorem od góry oderwał się wielki serak (lodowy nawis), który zabił na miejscu jedną osobę i zerwał wszystkie, rozpięte wcześniej liny, które umożliwiały zejście i tym samym uwięził himalaistów w strefie śmierci  Wśród wspinaczy wybuchła panika - część próbowała schodzić po omacku, część chciała biwakować. Niestety spod szczytu zaczęły odpadać kolejne kawały lodu. Łącznie tego dnia K2 pochłonęła 11 ludzi i aż do 2011 r. nie stanął na niej ani jeden człowiek. Innym tragicznym okresem w masywie "góry gór", jak nazywana jest K2, był rok 1986. W ciągu zaledwie kilku dni śmierć poniosło 13 osób. Część porwała lawina, dla innych zabójcze okazały się lodowe szczeliny i spadające kamienie, a pozostali ze względu na złe samopoczucie fatalną pogodę nie zdołali wrócić do bazy...

K2, fot.: Adam Jacob Muller, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0
Tragiczny rok 1986 okazał się jednocześnie wielkim dla polskiego himalaizmu. Na szczycie K2 stanęli wtedy Jerzy Kukuczka i Tadeusz Piotrowski. Wchodząc wytyczyli nową trasę pokonując bardzo trudną południową ścianę. Droga ta nazywa się oficjalnie "Polską drogą" i... do tej pory nigdy przez nikogo nie została powtórzona! Jeden z najwybitniejszych himalaistów, Reinhold Messner, pierwszy zdobywca wszystkich ośmiotysięczników, uznał, że droga ta jest tak trudna, że zasługuje na miano "drogi samobójców"! Polscy wspinacze należą do najlepszych na świecie. Potwierdzeniem niech będzie fakt, że spośród 12 ośmiotysięczników zdobytych do tej pory zimą, aż 10 zdobyli Polacy!

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Kolej Krugobajkalska - śladami dawnego transsibu

Po 11 godzinach wodolot "Kometa" wpłynął do Portu Bajkał. Lekko poobijany, pognieciony kadłub, nieprawdopodobny huk na pokładzie i chmura czarnego dymu unosząca się nad powierzchnią wody jeszcze kilkaset metrów za statkiem, to jego cechy charakterystyczne. Zużycie paliwa oszacowałbym na "nieskończenie dużo" l/100km., a spełniane przez niego normy emisji spalin na jakieś Euro -5... gdyby coś takiego istniało. Ale kto by się tym przejmował... Opuszczamy pokład nieprawdopodobnie zmęczeni przez ilość decybeli we wnętrzu. Jedno ucho lekko zatkane, drugie ledwo słyszy, lekki ból głowy - czujemy się jak po ostrym koncercie rock'owym. No może na koncercie byłoby trochę ciszej...

Wodolot "Kometa", fot.: Adam Zegiel


Krótki obchód lokalnych sklepów, zjadamy na szybko po małej pizzy (na zimno oczywiście), uzupełniamy zapasy i ruszamy w drogę - przed nami blisko 85 km. marszu trasą Kolei Krugobajkalskiej! Krugobajkałka, bo tak się ją potocznie nazywa, to dawny odcinek kolei transsyberyjskiej. Zbudowano ją na początku XX w., kiedy z przyczyn technicznych nie było możliwie poprowadzenie linii kolejowej przez płaskowyż Olchiniśki, przez który przejeżdżają współczesne pociągi jadące z Moskwy w stronę Dalekiego Wschodu. Warunki terenowe były niezwykle trudne. Na całej trasie konieczne było zbudowanie aż 40 tuneli! Najdłuższy z nich, Połowinnyj, ma aż 778 m. długości. Szacuje się, że na każdy kilometr wybudowanej linii kolejowej zużywano aż wagon materiałów wybuchowych! Tunele to nie wszystko, bo oprócz nich należało wznieść 16 mostów, liczne, bardzo wysokie mury oporowe żeby zabezpieczyć trasę przez osuwającymi się skałami i ziemią, a także rozwiązać problem osuwającej się skarpy, która na tym odcinku tworzy brzeg Bajkału - w niektórych miejscach między szynami, a jeziorem jest zaledwie kilka metrów odstępu. Imponuje fakt, że pomimo stuletniej historii, ten cud architektoniczny w dalszym ciągu nadaje się do eksploatacji... strach pomyśleć co by było gdyby Krugobajakłkę budowali budowniczy naszych polskich autostrad... Swoje strategiczne znaczenie straciła ona dopiero w 1956 r. kiedy zbudowano olbrzymią zaporę na rzece Angara. Inwestycja ta spowodowała podniesienie się poziomu całego jeziora o blisko metr (o poziomie rzeki nie wspominając) i zalanie linii kolejowej łączącej Port Bajkał z Irkuckiem. Jednocześnie ruch skierowano na nowo otwartą trasę przez płaskowyż Olchiniśki, a Kolej Krugobajkalska jest dzisiaj atrakcją turystyczną, która poruszają się tylko pociągi wypełnione po brzegi urlopowiczami.

Kolej Krugobajkalska, for.: Adam Zegiel





Krugobajkałka, fot.: Adam Zegiel

Trasa zapowiada się bardzo ciekawie więc najwyższa pora sprawdzić, jaka jest w rzeczywistości. Ruszamy wzdłuż jedynego w tej wiosce toru prowadzącego na południe. To musi być to, ale... dla pewności zagadujemy spotkanych po drodze Rosjan. "Eto krugobajkalskaja żeljeznaja daroga, ili niet?" "Da, kanieszna" - pada w odpowiedzi. Uspokojeni pokonujemy kolejny kilometr szukając miejsca na obozowisko... i kolejny... i kolejny... i jeszcze kolejny. Po prawie 10 km. udaje nam się znaleźć kawałek w miarę równej trawy, kilka metrów od torów. Nie jest to wymarzone miejsce na biwak, ale do rana wytrzymamy. Zjadamy kolację przy świetle czołówek, zasuwamy wejścia do namiotów, gramolimy się do śpiworów i... dalej nie pamiętam, bo zasnąłem:) Następnego dnia pogodę mamy w kratkę - raz pada, potem świeci słońce. Jest to lekko irytujące, bo niezależnie od tego, jak się ubierzemy i tak jest źle. Pokonujemy kolejne kilometry idąc po torach, od czasu do czasu ustępując miejsca turlającym się leniwie, bo z prędkością może 30km/h, pociągom. Czasami tylko obok szyn pojawia się wydeptana przez miejscowych ścieżka  a jeszcze rzadziej jest na tyle wygodna żeby nią iść. Staramy się stawiać kroki precyzyjnie na kolejnych belkach podkładu kolejowego - później będziemy żartowali, że jak nie ma torów to nigdzie nie idziemy. Latarki stają się naszymi najlepszymi przyjaciółmi - tuneli jest tak dużo, że ich chowanie nie ma najmniejszego sensu. Czasami są rozmieszczone tak gęsto, że jeszcze jesteśmy wewnątrz jednego, a już widzimy drugi, a zaraz za nim trzeci - sprawia to niesamowite wrażenie! Tego dnia pokonujemy około 25 km. - orientację ułatwiają tabliczki umieszczone na słupach, co kilometr. Po południu rozbijamy namioty na pięknej polance, położonej na uboczu na samym brzegu wysokiej skarpy. Szeroki kamienisty brzeg okazuje się być idealnym miejsce na ognisko więc korzystając z okazji koleżanka suszy przemoczony śpiwór...

Tunele Kolei Krugobajkalskiej, fot.: Adam Zegiel






Tunele, tunele, tunele..., fot.: Adam Zegiel

Rankiem następnego dnia, jakoś nikt z nas nie ma zapału do dalszego marszu. Zbieramy leniwie nasze graty, powoli się pakujemy i zaczynamy pokonywać kolejne kilometry. Poobcierane od butów kostki, bolące ramiona i ogólny brak energii daje się we znaki... Docieramy do najdłuższego tunelu na trasie - ma aż 778 m. długości. Wyciągamy latarki, zakładamy czołówki i ruszamy. Ciemno, wilgotno, słyszymy spadające krople wody. Świecę po ścianach - wyraźnie widać tworzące się powoli... stalaktyty. Zerkam do tyłu - otwór wejściowy szybko się oddala. Zerkam do przodu - otwór wyjściowy wcale się nie przybliża... pokonanie całego tunel zajęło nam ponad 10 minut. Ale było warto! Po jego drugiej stronie znajduje się cudowna zatoka! Piękna panorama, wpadająca do Bajkału mała rzeczka i wprost idealne miejsce na rozbicie namiotów. Mimo, że przeszliśmy tego dnia tylko kilka kilometrów, decyzja zapada natychmiast - zostajemy! Dzień mija nam leniwie - odpoczywamy, robimy pranie, idziemy z wizytą do pobliskiej turbazy... wszystko całkowicie na luzie... W pewnym momencie na horyzoncie pojawia się płynący w nasza stronę statek. Jaskrawy, żółty kolor idealnie pasuje do jego nazwy - "Słonecznyj".  Dno Bajkału tworzą kamienie - od najmniejszych aż do głazów. Wydawałoby się, że kapitan zwolni i zatrzyma się w pewnej odległości od brzegu. Ale gdzie tam! Z pełną prędkością zarył w kamieniste dno. Zamieniamy kilka słów z będącymi na pokładzie Azjatami, ale mnie najbardziej ciekawi, jak on zamierza odpłynąć. Odpowiedź przyszła bardzo szybko i była bardzo prosta - po prostu, jak gdyby nigdy nic, wrzucił wsteczny i już go nie było. To się nazywa rosyjska myśl techniczna!

Najdłuższy na trasie, tunel Połowinnyj
"Słonecznyj" i nasze namioty nad Bajkałem, fot.: Adam Zegiel
Zachód słońca nad Bajkałem, fot.: Adam Zegiel





Zachód słońca nad Bajkałem, fot.: Adam Zegiel

Czwartego dnia naszego trekkingu wstajemy dość wcześnie. Zamierzamy dzisiaj dość do końca trasy, czyli miejscowości Kułtuk, a następnie dostać się do Sludianki i tam zatrzymać się na kilka dni. Mamy już zdecydowanie dość marszu po torach więc perspektywa zbliżającego się końca dodaje nam sił. Po drodze nawiązuje się bardzo ciekawa rozmowa, o tym co kto kupi w najbliższym sklepie, który ma się znajdować 20 km. przed nami. Kiedy już tam docieramy, zwykłe Lay'sy i Twix smakują jak pokarm bogów, a piwo wydaje się być ambrozją! Po blisko godzinnej przerwie i kilku wizytach w tym niewielkim sklepiku, zakładamy plecaki i pokonujemy ostatnie kilka kilometrów. Wreszcie jest! Kułtuk! 85 km. za nami, a przed nami kolejny etap naszej wyprawy na Syberię...

wtorek, 23 kwietnia 2013

Gruzja - pieszo wzdłuż granicy z Czeczenią

Zmęczeni nocnym lotem, wielogodzinnym chodzeniem po stolicy Gruzji w poszukiwaniu sklepu turystycznego, w którym można kupić kartusze z gazem, a potem miejsca, w którym mieliśmy odebrać zamówione wcześniej mapy - stare radzieckie sztabówki z lat 70., wyczekiwaniem na odjazd marszrutki (to taki mały busik), która zgodnie z rozkładem jazdy odjeżdża wtedy, kiedy się zapełni i szaleńczą jazdą z miejscowym taksówkarzem, dotarliśmy do Alvani, miasteczka położonego ponad 100 km. na północny wschód od Tbilisi. Stąd następnego dnia zamierzamy ruszyć do Omalo, małej wioski w sercu Tuszetii, która dostępna jest tylko samochodem terenowym lub ewentualnie poczciwym Kamazem.

Krajobrazy Tuszetii, fot: Adam Zegiel


Jest ranek. Po potwornie dusznej i bezwietrznej nocy, wstajemy nie do końca wypoczęci. Jemy śniadanie, pakujemy plecaki i ruszamy szukać transportu. Mamy nadzieję zabrać się jedną z ciężarówek, których, według przewodnika, jeździ tędy sporo. Chyba mamy pecha, bo nie pojawia się ani jedna. Jako,  że nie ma żadnej komunikacji publicznej łączącej Omalo z resztą Gruzji, zatrzymujemy przejeżdżające od czasu do czasu terenówki i pytamy o cenę. Po godzinie pojawia się kierowca, który za rozsądne pieniądze (50 GEL czyli jakieś 80-90 PLN od osoby, godzi się nas zabrać, ale... musimy jeszcze z nim pojeździć po Alvani i załatwić kilka spraw... z jednego miejsca zabieramy dodatkowego pasażera, z innego jakiś towar i tak nam mija blisko 1,5h. Ale wreszcie... ruszamy!

Na drodze do Omalo
Szybko przekonujemy się, dlaczego do Tuszetii nie da się dotrzeć żadnym "zwykłym" środkiem transportu. Żwirowa, pełna kolein droga prowadzi urwistymi zboczami okolicznych gór, przecina wodospady, zakręca o 180 stopni w miejscu, w którym nachylenie stoku przekracza 60 stopni. Pokonujemy kolejne zakosy, silnik ryczy, ciągnąc samochód pod górę. Patrzę przez okno - koła od przepaści dzieli może 50 cm... Potężny motor, napęd 4x4 i doświadczony kierowca są niezbędne żeby pokonać tę trasę. My jedziemy Toyotą Land Cruiser, której właściciel jechał tą drogą już wielokrotnie. Prowadzi pewną ręką, jest spokojny i opanowany - widać, że wie co robi. Mimo to emocje są nieprawdopodobne - świadomość, że najmniejszy błąd może skończyć się tragicznie robi swoje... I widok krzyży ku pamięci osób, którym dojechać się nie udało... Po czterech godzinach jazdy wreszcie wysiadamy. Jesteśmy w Tuszetii! Dziękujemy, rozliczamy się z kierowcą i ruszamy w drogę!

Droga do Omalo, fot: Adam Zegiel
















Droga do Omalo c.d., fot: Adam Zegiel
Słońce praży niemiłosiernie, a brak wiatru i cienia, w którym można by odpocząć potęgują zmęczenie. Posiłkując się mało dokładną mapą ruszamy w stronę wioski Dartlo. Przez całą drogę towarzyszą nam (i będą towarzyszyły później) interesujące wieżyczki obserwacyjne. Budowano je w taki sposób, aby obserwator na jednej miał kontakt wzrokowy z obserwatorem na drugiej. Umożliwiało to szybkie ostrzeżenie zagrożonego terytorium przed zbliżającym się wrogiem. Fenomenem jest to, że budowle te wzniesiono bez użycia jakiejkolwiek zaprawy, a jedynym budulcem były płaskie jak deski i bardzo ostre łupki, które układano jeden na drugim.

Wieżyczki obserwacyjne, fot: Adam Zegiel


Tymczasem na przeciwległym brzegu strumienia wyłania się Dartlo - pięknie położona wioska, składająca się z kilkudziesięciu chatek. Nasze przybycie wzbudza sensację. Dzieciaki spoglądają na nas z zainteresowaniem. My jednak uzupełniamy tylko zapasy wody i, korzystając z tego, że do zachodu mamy jeszcze trochę czasu, ruszamy dalej. Chcemy pokonać jeszcze kilka kilometrów i zatrzymać się na nocleg w następnej osadzie - Chesho. Kolejne metry dają nam się we znaki. Jesteśmy wykończeni i nie marzymy o niczym innym niż odpoczynek. Zdjąć plecaki i usiąść ze świadomością, że dzisiaj już nigdzie nie idziemy - to jest to czego nam trzeba! Docieramy po około dwóch godzinach. Wioska jest za niedużym strumieniem, przez, który prowadzi kładka. Wydawałoby się, że to naturalna droga. Zanim zdążyliśmy się zorientować, że prowadzi wprost na prywatną posesję, uśmiechnięta starsza pani otworzyła nam furtkę i zaprosiła na teren... a potem do domu. Chwila zdziwienia, zawahania; jesteśmy niesamowicie miło zaskoczeni. Mówimy "gamardzioba" (po gruzińsku "dzień dobry") i wchodzimy. Na początku czujemy się nieco skrępowani, ale życzliwość, serdeczność i otwartość gospodarzy szybko to uczucie niweluje. Gospodyni przygotowała pyszną kolację, na którą składały się specjały lokalnej kuchni - chaczapuri, czyli pyszny placek chlebowo- serowy, khinkali, czyli pierogi, w kształcie saszetek, nadziewane mięsem. Na koniec mąż poczęstował nas czaczą - tradycyjną, domową, gruzińską wódką, pędzoną ze skórek po wytłoczonych winogronach, mającą nie mniej niż 50% mocy. Następnego dnia rano dziękujemy, wpisujemy się też do pamiętnika naszych gospodarzy i ruszamy w dalsza trasę.

Malowniczo położona wioska Dartlo, fot: Adam Zegiel




Tuszetia, fot.: Adam Zegiel

Góry Kaukaz w tym rejonie przypominają Tatry Zachodnie tylko, że wszytko jest kilkakrotnie większe. Rwące potoki, imponujące doliny, a w oddali ośnieżone, skaliste szczyty. Po kolejnych 10h wyczerpującego marszu rozbijamy biwak na dużej polanie, a towarzystwa dotrzymuje nam... stado galopujących koni. Wieczorem przed zaśnięciem i rano po przebudzeniu słyszymy tętent ich kopyt - niesamowite uczucie! Zwijamy obóz i ruszamy w dalszą trasę. Od tego dnia, wielokrotnie spotykamy gruzińskich pograniczników - w końcu po drugiej stronie grani jest już Czeczenia. Teoretycznie na marsz tą trasą potrzebne jest zezwolenie, w praktyce bez problemu można je zdobyć w wiosce położonej na trasie, Girewi, gdzie znajduje się ich główna baza. Żołnierze robią na nas niesamowicie pozytywne wrażenie. Są otwarci, życzliwi, pomocni i ani trochę wyniośli. Legitymują nas, ale nie są podejrzliwi i nie patrzą na nas jak na potencjalnych czeczeńskich terrorystów.

Jedna z wielu imponujących dolin, fot.: Adam Zegiel


Zanim docieramy do "komandira", który wypisze nam odpowiedni "propusk" (pozwolenie) zostajemy zaproszeni na herbatę przez sympatyczną starszą panią. Jako, że jesteśmy w tej chwili atrakcją turystyczną zaczynają się schodzić zaciekawieni żołnierze. Chcemy ich zagadnąć więc pytamy łamanym rosyjskim, czy dużo jest turystów z "Polszy". "A wy iz Polszy?" - pada w odpowiedzi. Potwierdzamy. Mundurowy się uśmiecha i głośno oznajmia "NASI!". Tego, jak miło mi się wtedy zrobiło nawet nie sposób opisać. Można sobie tylko próbować wyobrazić. Dziękujemy za gościnę i w towarzystwie pograniczników udajemy się do dowódcy. Potężnie zbudowany człowiek jest bardzo poważny. Nie żartuje, nie uśmiecha się, prosi o paszporty i bez wahania wypisuje nam potrzebne pozwolenie. Później będziemy o nie wielokrotnie pytani. Po około 30 minutach ruszamy w dalszą drogę. Chcemy dzisiaj dość pod przełęcz Atsunta (3430m.n.p.m.), której pokonanie będzie najtrudniejszym i kulminacyjnym momentem naszej wyprawy. Późnym popołudniem zbliżamy się do celu. Zanim jednak rozbijemy obozowisko musimy sforsować rwący, lodowaty potok, którego dno pełne jest ostrych jak brzytwa kamieni. O tym miejscu czytaliśmy na forach jeszcze przed wyjazdem, ostrzegali nas również ludzie spotkani po drodze. Miejsce, w którym należy się przeprawić oznaczone jest wydrapanym na kamieniu napisem... EXIT.

Jedno z najtrudniejszych miejsc na trasie - trasa prowadzi przez ten rwący strumień


Wygląda tak, jakby ktoś złośliwie wybrał najtrudniejszy odcinek rzeki, ale... nic bardziej mylnego! Ruszamy na rekonesans kilkadziesiąt metrów w górę strumienia i tyle samo w dół. Wnioski są miażdżące - ta spieniona kipiel wskazywana przez strzałkę, to chyba jedyne miejsce w ogóle możliwe do sforsowania. Zanim zdamy się na pastwę rwącego strumienia, robimy sobie chwilę przerwy. Po kilkunastu minutach ruszam jako pierwszy. Zdejmuję buty i zdecydowanym ruchem przerzucam je na druga stronę. Przede mną kilka metrów mętnej, spienionej, lodowatej wody. Wchodzę. Jej temperatura jest tak niska, że momentalnie zaczynają mnie boleć nogi. Stawiam ostrożnie kolejne kroki. Czuję pod nogami ostre kamienie. Wiem, że nie mogę sobie pozwolić na żaden niekontrolowany ruch. Nurt jest tak silny, że żeby mu się przeciwstawić pochylam się w jego stronę. Kolejne kilka kroków... Już minąłem połowę... Nagle czuję, że zaczynam tracić równowagę. Pierwsza myśl - aparat!. Odpinam od paska cały futerał i przerzucam na brzeg. Jeszcze chwila chwiania się i...stoję. Robię jeszcze dwa kroki i.... udało się! Jestem na drugim brzegu! Teraz kolega. Stracił równowagę, silny nurt zmusił go do zrobienia kilku niekontrolowanych ruchów. Na szczęście skończyło się na pokaleczonych stopach. Robi się późno. Pora szukać miejsca na biwak. Rozbijamy się na pochyłej polanie, a żeby dotrzeć do strumienia musimy zejść z kilkumetrowej, bardzo stromej skarpy. Mimo, że nie jest to nieodpowiednie miejsce na namiot, to okazuje się być jedynym możliwym... Kładziemy się spać, żeby następnego dnia ruszyć prosto w stronę przełęczy!

Coraz bliżej Atsunty, fot.: Adam Zegiel









Stare radzieckie mapy są na tyle mało precyzyjne, że nie mamy pewności, która przełęcz jest tą, której szukamy. Ale zaraz... wieczorem widzieliśmy psa pasterskiego! To znaczy, że w pobliżu musi być też pasterz! Kto nam lepiej wskaże właściwą drogę, niż człowiek, który w tych górach spędził większość swojego życia? Ścieżka powoli wspina się trawiastym zboczem. Podchodzimy do namiotu i witamy się  z wylegującym się przed nim człowiekiem. Mężczyzna nie jest zbyt rozmowny, ale pokazuje nam drogę i idzie z nami. Zdążył już wyprowadzić owce w górę, na pastwisko. Pilnuje ich pies, który, jeśli nie jest pilnowany przez swojego właściciela może być bardzo groźny. Po godzinie mijamy stado, przechodzimy obok podejrzliwie patrzącego na nas psa, żegnamy się z pasterzem i ruszamy mozolnie pod górę. Mozolnie, bo całe góry zbudowane są z luźno leżących łupków. Robimy jeden krok do przodu i jednocześnie osuwamy się ćwierć kroku do tyłu. To wyjątkowo irytujące, a w dodatku sprawia, że tracimy dużo sił.

W drodze na  Atsuntę, fot.: Adam Zegiel




Na przełęczy Atsunta, fot.: Adam Zegiel


Przed samą przełęczą trafiamy na przeszkodę - musimy jeszcze pokonać jęzor mokrego rozpuszczającego się śniegu! Jeden nieuważny krok i wylądujemy kilkaset metrów niżej prawdopodobnie w kałuży własnej krwi (biorąc pod uwagę jak ostre są kamienie). Idę pierwszy. Asekuracyjnie używam noża - wbijam go głęboko w śnieg żeby w razie czego mieć się czego łapać. W końcu docieramy na przełęcz. Tutaj kończy się Tuszetia, a zaczyna Chewsuretia.

Ośnieżone, skaliste szczyty, fot.: Adam Zegiel


 Krótka przerwa, czas na zdjęcia i, jako, że wieje niemiłosiernie, rozpoczynamy schodzenie. Nie wygląda to dobrze. Nachylenie z drugiej strony jest dużo większe i zalega znacznie więcej śniegu. Krok po kroku, z sercem na ramieniu, pokonujemy kolejne groźne miejsca. W pewnym momencie moim jedynym punktem zaczepienia jest 10 cm. buta wbite w pionową ścianę śniegu. Serce wali mi jak szalone, ale szczęśliwie przeprawiam się przez ostatni zalegający śnieg. Teraz będzie już "z górki". Dosłownie i w przenośni. Po mniej więcej godzinie, docieramy na rozległą trawiastą polanę i... spotykamy byka z "rodziną"! Czujemy niepokój. Na wszelki wypadek przewijam karimatę z czerwonej na żółtą stronę i dużym skosem, zbaczając ze ścieżki omijam zwierzęta. Kolega decyduje się iść dróżką, dość blisko byka. Ten obserwuje go i zaczyna w charakterystyczny sposób przebierać kopytem... Na szczęście na tym się kończy i zwierz nie decyduje się na atak. Kolejne kilometry to marsz rozległą trawiastą granią, przypominającą bieszczadzkie połoniny. Widoki są cudne - łagodne, porośnięte kwiatami stoki, niewielkie strumienie, idealne do uzupełniania zapasów wody i niewielka, wijąca się przed nami aż po horyzont, ścieżka  Co jakiś czas zerkamy za siebie i spoglądamy na chowającą się w cieniu, stromą przełęcz, którą niedawno pokonaliśmy. Robi piorunujące wrażenie!

Po drugiej stronie przełęczy, fot.: Adam Zegiel




Przełęcz już za nami..., fot.: Adam Zegiel


W pewnym momencie w dole, za wzniesieniem wyłania się... kilka pomarańczowych namiotów! Szok! Po kilku dniach obcowania tylko z mieszkańcami przydrożnych wiosek, pogranicznikami i pasterzami spotykamy turystów! Ruszamy się przywitać. Jak się okazuje, to spora grupa Duńczyków, która zamierza pokonać naszą trasę w przeciwnym kierunku. Niesamowicie miło spotkać w końcu kogoś kto dobrze mówi po angielsku i móc swobodnie porozmawiać. Ich przewodnik był w Gruzji już kilkanaście razy. Konsultujemy z nim nasze dalsze plany, a w między czasie zostajemy poczęstowani kawą... po kilku dniach picia niemal wyłącznie wody ze strumieni smakuje rewelacyjnie! Po mniej więcej godzinie dziękujemy za miłe przyjęcie i ruszamy dalej. Tego dnia chcemy jeszcze dojść do szutrowej drogi prowadzącej do Shatili - wioski, w której zamierzamy zakończyć naszą wędrówkę. Schodzimy stromym zboczem, słyszymy łoskot płynącego w dole potoku. Już niedaleko, jeszcze tylko trochę, ale... zaczyna robić się ciemno... Docieramy do pokonywanej czasem przez terenówki trasy i... okazuje się, że nie ma możliwości rozbicia namiotu! Kontynuujemy marsz przy świetle latarek, a ja w pewnym momencie zauważam daleko przed nami światełko. To musi oznaczać obecność ludzi! Decydujemy się dotrzeć do tego miejsca. Zajmuje nam to jeszcze dobrą godzinę. Światło pochodzi z malutkiej chatki, której gospodarze, jako jedyni, jeszcze nie spali. Witamy się i pytamy o możliwość rozstawienia namiotu. Porozumiewamy się na migi, bo ludzie ci nie znają nawet słowa po rosyjsku. Wskazują nam miejsce na obozowisko. Kolega bierze się za rozbijanie obozowiska, a ja idę za, może 10-cio letnim, synkiem gospodyni. Pokazuje mi skąd brać wodę pitną. Uśmiecham się, dziękuję, napełniam butelki i wracam do namiotu. Dookoła jest całkowicie ciemno, a my siadamy przed wejściem i przy świetle małej kuchenki gazowej jemy kolację - chleb i słony ser, które przynieśli nam życzliwi gospodarze. Dawno nic mi tak nie smakowało!

Shatili, fot.: Adam Zegiel


Ostatni dzień to kilka godzin marszu, mało ciekawą, szutrową drogą. Docieramy do Shatili. Stąd zamierzamy autostopem zjechać z gór do Mtschety - dawnej stolicy Gruzji. Mamy wyjątkowe szczęście, bo czekamy tylko godzinę. A z opowieści wiemy, że równie dobrze mogło to być 1,5 dnia, bo droga ta, do uczęszczanych nie należy. Jesteśmy szczęśliwi. Za nami blisko 50 kilometrów marszu! Podróż terenowym Mitsubishi trwa prawie 4h, a droga jest nie mniej emocjonująca niż ta do Omalo. Miłym zaskoczeniem jest, że wszyscy pasażerowie, lepiej lub gorzej mówią po angielsku. I w tak miłej atmosferze docieramy do wspomnianej Mtschety, gdzie zaczyna się kolejny etap naszej podróży po Gruzji...

piątek, 19 kwietnia 2013

Schronisko PTTK "Chatka Puchatka", czyli jak się gra w "barana"

Dochodzi godzina 22:00. Jesteśmy w "Chatce Puchatka", najwyżej położonym schronisku w Bieszczadach  (1232m.n.p.m.) na Połoninie Wetlińskiej. Karimaty już rozłożone, a my wraz z kilkunastoma innymi turystami właśnie owinęliśmy się śpiworami i powoli zasypiamy... W pewnym momencie słyszymy szepty: "jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć", a zamiast "siedem" - wrzask na całe schronisko - "BARAN!" Momentalnie z krainy sennych marzeń wróciliśmy do rzeczywistości. Okazuje się, że to grupa "turystów" (cudzysłów nieprzypadkowy) rozbudziła się i postanowiła zagrać w tę ambitną grę. Jako, że zaśnięcie okazuje się niemożliwe  to staramy się zrozumieć o co w niej chodzi... Zasady są proste, a głównym rekwizytem alkohol. Gracze (w dowolnej ilości) siadają wokół stołu i kolejno liczą. Cyfrę 7, każdą liczbę, która ją zawiera i każdą jej wielokrotność należy zastąpić głośnym okrzykiem "BARAN!". Osoba, która się pomyli pije karny kieliszek, ale zanim to nastąpi pozostali... śpiewają. A słowa piosenki brzmią tak: "Janek, Janek (zamiast "Janka" należy wstawić imię osoby, która się pomyliła), jak nam Ciebie żal. Ty żulu, ty żulu jak nam ciebie żal. Ty żulu jak nam ciebie żal. Hej!". Z naciskiem na "HEJ!" A działo się to wszystko po godzinie 22:00, a jeden z zacnych graczy był łaskaw stwierdzić, że przecież i tak "nikt tu nie wezwie policji"...:)

Chatka Puchatka, fot: Paweł Marynowski, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0


Nasze "puchatkowe" perypetie zaczęły się jednak dużo wcześniej. Docieramy na miejsce. Wchodzimy do środka. Wita nas... smród. Zapewne duży udział w nim mają duże kubły na śmieci stojące w świetlicy i zarazem sypialni. Tak, tak - mowa o takich kubłach, które zazwyczaj stoją z daleka od domu w altance śmietnikowej. Podłoga wygląda tak, jakby od nowości mopa ani ścierki nie widziała. Oczywiście w tej części schroniska, w której w ogóle jest - w jadalni mamy tylko klepisko, którego poziom sukcesywnie się podwyższa. Tempo przyrostu kolejnych warstw jest wprost proporcjonalne do ilości resztek obiadu, które spadną i zostaną ubite:) Nic to. Nie zrażeni ruszamy do recepcji i od razu rzuca nam się w oczy duża kartka - "Schronisko bez wody, bez prądu, o lodówkę nie pytaj" (nawet byśmy nie śmieli...). Miejsca są tylko na podłodze. Chcemy się dowiedzieć, czy w takiej sytuacji też musimy się meldować. "Ja Wam nic nie będę mówić, bo tu wszystko jest napisane!" - taką odpowiedź dostajemy od, jak widać, przemiłej starszej pani, która jednocześnie wskazuje na zadrukowane drobnym maczkiem dwie, przyklejone do ściany kartki. Zostajemy jednocześnie uświadomieni, że "jeśli coś nam się nie podoba to możemy iść dalej" - jestem absolutnie pewny, że ta przesympatyczna pani przeszła profesjonalny kurs z zakresu budowania pozytywnych relacji z klientem:)

Chatka Puchatka, fot: Red81, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0


W końcu przychodzi ten moment, w którym należy poszukać ustronnego miejsca. Są drogowskazy! "WC za granią" widnieje na kartce formatu A4. Ruszam za grań. Po pokonaniu kilkudziesięciu metrów moim oczom ukazuje się wiata zbudowana z czegoś podobnego do dykty. Szczegóły moich zmagań z tym przybytkiem może lepiej pominę - wystarczy powiedzieć, że przy nim ToiToi'e to szczyt higieny i luksusu. Ale myślę, że  śmiało można by tam zorganizować jakiś teleturniej. Na przykład - "Wszystkie zapachy świata";)

Z wielką ulgą następnego dnia rano, ze smakiem zjedliśmy śniadanie, opuściliśmy "Chatkę Puchatka" i ruszyliśmy w stronę Połoniny Caryńskiej. BARAN!

wtorek, 16 kwietnia 2013

Tadż Mahal, czyli ile można zrobić z miłości do kobiety...

Budowle "wykonywano z niesłychaną pracowitością, (...) złota i srebra używano jakoby to był zwykły metal, a marmuru, jak pospolitego kamienia". Tak mówił w 1632 r., Peter Mundy, angielski podróżnik, o powstającym dopiero Tadż Mahal - imponującemu mauzoleum, które Szachdżachan, władca imperium, zbudował jako dowód wielkiej miłości do swojej zmarłej przedwcześnie żony.

Tadż Mahal, fot.: Vitor D'Agnoluzzo, Flickr, CC BY 2.0


Jest XVII w. Na terenie dzisiejszych Indii kwitnie imperium rządzone przez Szachdżachana I - władcę z dynastii Wielkich Mongołów, spokrewnionego z takimi postaciami jak Tamerlan, czy Dżyngis-chan. Nie o historii jednak tym razem, ale o wielkiej miłości jaka połączyła Szachdżachana z jego żoną, Mumtaz Mahal. Jedna z legend głosi, że władca po raz pierwszy spotkał ukochaną na bazarze, gdzie sprzedawała  różnorodne świecidełka i ozdoby. Miało się to dziać w trakcie muzułmańskich obchodów Nowego Roku, w trakcie których panny z dworu przemieniały się w sprzedawczynie, a ich klientkami były inne szlachetnie urodzone kobiety. Ile w tej historii jest prawdy, nie wiadomo. Faktem jest natomiast, że 30 kwietnia 1612 odbyła się ceremonia ślubna królewskiej, młodej pary. Świeżo upieczona królowa, imieniem Arjumand Banu, otrzymała nowe imię - Mumtaz Mahal, co oznacza "Pierwsza Wybranka z Pałacu".

Tadż Mahal, fot.: Man Bartlett, Flickr, CC BY 2.0


Szachdżachan i Mumtaz tworzyli niezwykłą, szaleńczo w sobie zakochaną parę. Władca żonę szanował i był z niej dumny. Była jego partnerką i powierniczą, z którą rozmawiał o wszystkim i u której szukał porady. Kiedy przychodził czas wyprawy wojennej, Mumtaz chciała, aby mąż zabierał ją ze sobą. Podczas jednej z nich, około 1000 km. od Agry, stolicy imperium, w której znajduje się Tadż Mahal, królowa urodziła 14. dziecko. Niestety wydawszy na świat potomka, zmarła z wycieńczenia. 

Po śmierci ukochanej żony, król pogrążył się w żalu na blisko dwa lata. Odmawiał publicznych wystąpień, nie chciał nosić królewskich szat. Nie jadał wykwintnych kolacji. Niemal natychmiast po śmierci Mumtaz, Szachdżachan rozpoczął budowę jej mauzoleum. Pozwoliło mu to chociaż trochę ukoić ból. Tadż Mahal powstawał przez 22 lata (1632-1654), a pracowało przy nim ponad 20 000 robotników. Biały marmur, z którego jest zbudowany przywożono z odległego o 200 km Jodhpuru. Kamienie szlachetne używane do dekoracji w niemałych ilościach również transportowano z bardzo odległych miejsc: szafirowy lapis lazuli pochodzi z Cejlonu, ciemnozielony malachit z Rosji, a błękitny turkus z Tybetu. Przyjęło się powiedzenie, że Mongołowie budowali jak giganci, a wykańczali jak jubilerzy - każdy z tysięcy misternych kwiatów zdobiących grobowiec królowej wykonano z blisko 60 różnych kamieni szlachetnych.

Tadż Mahal, fot.: Gerard McGovern, Flickr, CC BY 2.0
Po ukończeniu tego niezwykłego dzieła, ciało królowej Mumtaz Mahal złożono w jego wnętrzu. Później obok swojej ukochanej żony pochowany został również król Szachdżachan. Oboje spoczywają tam do dziś...

czwartek, 11 kwietnia 2013

Jezioro Aralskie - drugi Czarnobyl

Jezioro Aralskie, nazywane czasem morzem, jest słonym zbiornikiem leżącym na granicy Kazachstanu i Uzbekistanu. Jest też miejscem jednej z największych katastrof ekologicznych, którą spowodowała tylko i wyłącznie głupota i gigantomania człowieka. A konkretnie dawnych władz sowieckich...

Wyschnięte jezioro Aralskie, fot: Martijn Munneke, Flickr, CC BY 2.0


W latach 60. Moskwa podjęła decyzję o nawodnieniu pustyni Kara-kum, okalającej jezioro od wschodu. Suche i niegościnne do tej pory tereny miały stać się olbrzymią plantacją bawełny, o powierzchni liczonej w dziesiątkach milionów hektarów. W tym celu rozpoczęto budowę kanału nawadniającego o długości blisko 1300 km, który zasilano wodami z wielkich rzek Amu-daria i Syr-daria. Odbierano im nawet do 70% przepływającej wody, całkowicie ignorując fakt, że są one jedynym źródłem zasilania jeziora Aralskiego. Nie wzięto również pod uwagę, jak ważnym elementem miejscowej gospodarki, było rybołówstwo, którym trudniły się tysiące ludzi - dzisiaj można zobaczyć porzucone, rdzewiejące kutry rybackie, znajdujące się niejednokrotnie ponad 100 km. od obecnego brzegu jeziora. Od 1960 r. powierzchnia jeziora zmniejszyła się ponad 4-krotnie (tym samym wśród największych jezior na świecie, spadło z miejsca 4-ego na 16), a zasolenie kilkukrotnie wzrosło, przyczyniając się do wyginięcia większości ryb.

Powierzchnia jeziora Aralskiego w 1989 r. i 2009 r., fot: NASA


Ogromne połacie wydartych pustyni pól uprawnych w całości obsadzono bawełną. Każda monokultura bardzo szybko zuboża glebę więc konieczne stało się używanie coraz większej ilości sztucznych, często toksycznych nawozów. Te z kolei, z wodami gruntowymi, spływały do Aralu powodując wzrost stopnia jego zanieczyszczenia. Wysychanie jeziora spowodowało osadzanie się trujących substancji na dnie. Obecnie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych odsłoniętego dna dawnego jeziora Aralskiego, tworzy pustynię Aral-kum. Gigantyczna ilość chemikaliów z okolicznych plantacji, które obecnie mają postać lotnego pyłu, czyni ją najbardziej toksyczną pustynię świata. Charakterystyczne dla tego regionu silne wiatry przenoszą je setki kilometrów wgłąb lądu, co z kolei powoduje lawinowy wzrost zachorowań na raka i choroby układu oddechowego. Pojawiają się głosy, że to co stało się z ekosystemem Aralu, było "zbrodnią przeciwko ludzkości".

Burza pyłowa na jeziorze Aralskim, fot: NASA


Niestety to nie koniec złych wiadomości. Znajdująca się na jeziorze wyspa Odrodzenia, od 1948 r. kryła radzieckie laboratoria pracujące nad bronią biologiczną na bazie cholery i wąglika. Wraz ze zmianą ustroju, zdecydowano się zamknąć ten ośrodek, jednak zabrakło funduszy na neutralizację znajdujących się tam, śmiercionośnych drobnoustrojów. Wysychanie jeziora Aralskiego sprawiło, że wyspa zmieniła się w półwysep i tym samym zyskała połączenie ze stałym lądem. Umożliwiło to swobodne przemieszczanie się zwierząt i tym samym roznoszonych przez nie zarazków... W 2002 r. amerykański biochemik przewodniczył ekspedycji, która zneutralizowała do 200 ton zabójczego wąglika, ale zagrożenia całkowicie nie udało się wyeliminować.

Wyschnięte jezioro Aralskie, fot: Martijn Munneke, Flickr, CC BY 2.0
Na koniec jeden optymistyczny akcent. W 2003 r. podjęto ambitny projekt ratowania północnej części wysychającego jeziora. W 2005 r. ukończono budowę tamy Kokarał, która zapobiega spływaniu wody z Jeziora Północnoaralskiego (taką nazwę nadano północnemu basenowi Aralu) do basenu południowego. Rozwiązanie okazało się skuteczne - obecnie obserwuje się wzrost poziomu wody, spadek zasolenia i rozwój populacji ryb. Niestety, w najbliższej przyszłości, nie planuje się działań mających na celu przywrócenie całego jeziora Aralskiego naturze. Prawdopodobnie byłoby to możliwe, ale bardzo kosztowne... 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...